sobota, 6 października 2012

Dzienniczek ucznia

W "draftach" czeka na mnie kilka jeśli nie kilkanaście do-napisania postów, każdy na jakiś wzniosły temat, pseudowykład na niewątpliwie interesujący dla trzech ludzi w Europie temat.

Może je kiedyś napiszę i opublikuję, a może kiedyś nauczę się japońskiego, albo śpiewać całe Major-General's Song, albo skończę którykolwiek z niemal teraz tysiąca zaczętych przeze mnie projektów programistycznych. A może nie, a może zaakceptuję falę "moża", falę lenistwa i prokrastynacji, a i tak będę szczęśliwy.

Ale ja nie o tym, tylko o moim dzienniczku ucznia z lat '95/'96, czyli klasy pierwszej podstawówki (tak, wiem, bachor ze mnie). Wygrzebałem go spośród niezrozumiale zachowanych przez moich rodziców zeszytów z czasów mej świetlanej edukacji.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Joie du Sang des Étoiles

Wszechświat powiedział mi dzisiaj metaforycznie że jestem jak Bill Clinton. Nie mam zielonego pojęcia co to może znaczyć.

Moją Moniką Lewinsky była obsługa McDrive'a na alei Mickiewicza. Nie dość, że pomylili zamówienie, do już poprawnego nie dodając chusteczek, w zamian dorzucając dodatkowy sos, to mój WieśMac składał się w 50% z majonezu. Nie wiem co jest cygarem w tej metaforze.

Przeszkodą na drodze do metafizycznego spełnienia był probabilistycznie znacząco rzeczywisty wyciek gazu, a pomagał mi zza grobu Olivier Messiaen, którego dzieło (konkretnie piąta jego część) w paranoicznie zagmatwany sposób miało wyjątkowo znaczący wpływ na historię świata, i mnie.

Dzień się skończył (zrestartował? w końcu planeta okrągła...) w połowie pisania tego posta. Zbite myśli starają mnie odwieść od wspomnienia o wniosku jakim planowałem zakończyć. Od ćwierci miliona oglądnięć na YouTubie, przez kłopotliwą i niemiłą podstawkę pod myszkę, po figurki kucyków na półce - przeklęty mózg twierdzi, że są powiązane.

Grr. To mnie nauczy nie brać przez parę dni leków.

To tyle.

sobota, 12 maja 2012

Edumakacja #1: O Ghassanie

Dzisiaj opowiem wam o kilku interesujących schorzeniach, o których mogliście nie słyszeć, albo o których słyszeliście i tego żałujecie. Wszystkie te informacje możecie oczywiście wyczytać z wikipedii, ale komu by się chciało, zresztą, żeby znaleźć wszystkie te choróbska trzeba mnie znać. Więc no.

Zastrzeżenie: Jak nie lubisz czytać o różnego rodzaju paskudnych przypadłościach i szczegółach medycznych, odpuść sobie resztę posta. Post jest również horrendalnie długi, ale w sumie głównie na wysokość.

piątek, 2 marca 2012

Makaron z warzywami

Ostatnio polubiłem chiński (przepraszam, "azjatycki") makaron z kurczakiem i warzywami, podawany w papierowych pudełkach rodem z amerykańskiego sitcomu. Są one stosunkowo drogie, niestety, ale na jedzeniu nigdy sobie nie odmawiam.

Wsuwałem więc pudełko makaronu, czekając wieczorem na tramwaj do domu. Wiedząc chyba, że nie zapłaciłem w tym miesiącu podatku żulowego, w moją stronę zaczęło się zbliżać chwiejnym krokiem dwóch pijanych mężczyzn.

Jeden z nich niemal wsadził wilgotny paluch w mój makaron i wybełkotał coś, co jego kolega przetłumaczył jako "daj trochę". Gdy odmówiłem, zarechotali.

"Taką masz brodę że nawet byśmy nie chcieli!", zaśmiali się, i poszli dalej. To prawda, wyglądałem (nadal wyglądam) jak nieślubny syn Fidela Castro i Zacha Galifianakisa. Zdaję sobie sprawę, że moja broda wygląda w najlepszym przypadku śmiesznie, zwłaszcza w połączeniu z jajowatą głową i krótkimi włosami, nie sądziłem jednak, że może służyć za środek ostraszający pijaków.

Na odchodne dodali jeszcze między sobą: "a widziałeś jaką ma przerwę między zębami?". Nie żeby obchodziła mnie opinia pijanych meneli (co ja tam wiem, równie dobrze mogli być członkami Mensy), ale... chyba czas zainwestować w aparat na zęby.

To tyle.

poniedziałek, 13 lutego 2012

O kucykach i reszcie rzeczywistości

Na początek trochę historii.

Dawno, dawno temu, w roku 2010, firma Hasbro postanowiła odświeżyć swoją markę zabawkowych kucyków, i żeby pomóc je sprzedać, zatrudniła panią Lauren Faust z poleceniem stworzenia kreskówki na podstawie zabawek, zapominając chyba, że pani Faust pracowała wcześniej ze swoim mężem nad takimi tytułami jak "Atomówki" (Powerpuff Girls) i "Dom dla zmyślonych przyjaciół pani Foster" (Foster's Home for Imaginary Friends), które, jak każdy fan animacji wie, nie były typowymi kolorowymi wymiotami (hehe, foreshadowing) jakimi nas karmiły stacje telewizyjne przed, i po Złotej Erze Cartoon Network.

Kreskówka "My Little Pony: Friendship is Magic" wyszła, i, no, okazała się dobra. I nie tylko dlatego że sprzedawała zabawki.

piątek, 10 lutego 2012

Takie życie

No i nici z moich planów pisania trzech postów tygodniowo. Tytuł bloga okazał się proroczy - nic ciekawego się od ostatniego posta nie wydarzyło, a nie chcę ludzi zanudzać moimi przemyśleniami na temat niemożliwości stworzenia czysto racjonalnej, reaktywnej, samoświadomej i samomodyfikującej się silnej sztucznej inteligencji, albo raportami na temat stanu moich jelit.

Planuję napisać w najbliższym czasie posta, żeby nie było że absolutnie nic nie piszę, ale post będzie najpewniej na temat serialu animowanego "My Little Pony: Friendship is Magic", więc uczulonych na antycynizm ostrzegam.

czwartek, 2 lutego 2012

"Przepraszam, czy panu jest zimno?"

Pytanie zrozumiałe. Stałem w brudnych butach, zepsutej kurtce, w jednej rękawiczce, nieodzianą ręką trzymając staroświecką chustkę do nosa przy pewnie bladej i licho wyglądającej twarzy, u dołu podkreślonej gęstą i nieutrzymaną brodą, a u góry zmechaconą wełnianą uszatką z przeceny (kupioną, dodam, godzinę wcześniej). Oparty o barierkę czekałem od paru minut na możliwość przejścia przez jezdnię na skróty, uparcie ignorując znajdujące się dwadzieścia metrów dalej przejście dla pieszych. Łatwo można by mnie więc uznać, domyślam się, jeśli nie za bezdomnego, to za kogoś z poważnymi problemami społecznymi albo alkoholowymi.

"Bo jeśli tak, to tam na Limanowskiego postawili taki kubeł do ogrzania się."

Pytanie było zadane przez dwóch dwunastolatków, o wiele ode mnie odważniejszych, gdyż chwilę po mojej podzięce za radę manewrowali między jadącymi samochodami i tramwajami na drugą stronę ulicy, podczas gdy ja poddany człapałem pod uspokajające światła przejścia dla pieszych.

No i faktycznie. Na wysepce na skrzyżowaniu Limanowskiego i Zachodniej stał solidny metalowy kosz z kilkunastoma kilogramami węgla palącymi się małym, ale uporczywym płomieniem, rozjaśniając lekko ulice i gromadząc niewielki tłumek gapiów i dzieci (próbujących się bawić, sugerując chyba jakiś atawistyczny pociąg ludzi do ognia, bo nie wiem co to za zabawa w piekącym mrozie grzebać patykiem w płonących kamieniach).

Czemu stał? Nie wiem. Tknęło zarząd któryś że w temperaturach które tylko w najbardziej naukowych skalach są dodatnie przydałoby się dać niektórym ludziom możliwość ogrzania się (... na środku ruchliwego skrzyżowania)? Może, choć pewnie prawdziwy powód jest dużo bardziej prozaiczny. Jak wiecie to mówcie.

To tyle.

O ja, Ghassan ma bloga

Mimo mojego dotychczasowego stosunkowo fatalistycznego podejścia do pisania blogów, ostatnio tknęła mnie potrzeba spisania moich myśli, a dzisiaj chęć spisania fragmentów mojego życia (o czym w późniejszej notce), które może jednak nie jest takie nieciekawe jak mi się wydaje. Zgodnie z wcześniej wspomnianym fatalizmem mam pewność że bloga tego nikt czytać nie będzie, ale gdyby się takimi pewnościami ludzie przejmowali to pewnie byłoby na świecie jakieś dziesięć razy mniej blogów.

Tak więc blog. Drogi czytelniku (urojony bądź nie), jestem Ghassan. Statystycznie rzecz biorąc znasz mnie, więc się na swój temat rozpisywać nie będę. W razie czego wiedz tylko, że nie jestem miłym w obyciu człowiekiem. Jeśli więc mój ton czy styl wydaje ci się krnąbrny, przemądrzały, pretensjonalny, albo ogólnie nieprzyjemny, odpuść sobie dalsze czytanie. Lepiej nie będzie.

Czemu dzisiaj? Nie wiem. Może mam ostatnio dość wyrzucania z siebie niemal wyłącznie odpadów (o czym w innej późniejszej notce). Może to połączenie licznych leków, gorączki i absurdalnych sytuacji. Czynników wiele, więc kto by tam wiedział. Blog jest. Postaram się pisać w nim, uwaga uwaga, minimum 3 razy w tygodniu. Ło cholera, ale mamy badassa, co? Najwyżej jak nic nie wymyślę ciekawego to napiszę co jadłem tego dnia. Przynajmniej ludzie ubaw będą mieli.

To tyle.